Jako prawnik przypominam sobie słynną amerykańską erę Lochnera, nazwaną od wyroku Sądu Najwyższego USA z 1905 r., który zakwestionował ograniczenie czasu pracy piekarzy jako nieuzasadnioną ingerencję w swobodę umów. Od tamtej pory nasze rozumienie roli przedsiębiorstwa przeszło daleko idącą ewolucję. Dziś oczekujemy od firm nie tylko zysków, ale także inwestowania w pracowników, bezpieczeństwo, innowacje, środowisko i rozwój gospodarczy.
Podobnie myśli sam ustawodawca. Tworzy zachęty do inwestowania, prowadzenia badań, podnoszenia kwalifikacji pracowników i reinwestowania zysków. Akceptuje niższe bieżące wpływy podatkowe, dostrzegając korzyści wykraczające poza roczne rozliczenie CIT. Powstaje paradoks: państwo zachęca przedsiębiorcę do określonych zachowań, oferując mu preferencje, a następnie ten sam przedsiębiorca bywa krytykowany za relatywnie niski podatek.
Diabeł tkwi w mianowniku
Spierając się o model podatkowy, kierunki reform czy skutki regulacji, chętnie sięgamy po twarde dane, wykresy i matematyczne porównania. Problem w tym, że liczby pozbawione kontekstu, wyjaśnienia metody i interpretacji potrafią zniekształcać obraz zamiast go uczciwie przedstawiać.
Wiedzą o tym osoby zajmujące się oceną skutków regulacji. Zmiana horyzontu czasowego, prognozy wzrostu albo zakresu uwzględnianych kosztów i korzyści może istotnie zmienić obraz tego samego przedsięwzięcia. Matematyka bywa bezbłędna, a konkluzja nietrafna.
Podobnie jest z zestawieniami porównującymi CIT do przychodów firm. Miliardowe obroty, niewielki podatek, niski procent. Kilka sekund z kalkulatorem wystarcza niekiedy do kategorycznych ocen o uczciwości czy patriotyzmie gospodarczym. Od takiej arytmetyki do podatkowego polowania na czarownice droga okazuje się krótka.
Tyle że CIT jest co do zasady podatkiem od dochodu, nie od przychodu. Firma może osiągać duże obroty, ponosić wysokie koszty, inwestować, rozliczać straty lub korzystać z ustawowych ulg. Może też sztucznie zaniżać podstawę opodatkowania. Sam stosunek podatku do przychodów nie pozwala odróżnić tych sytuacji. Może rozpoczynać analizę, lecz nie powinien jej zastępować ani dowodzić nadużycia.
Państwu opłaca się poczekać
Dobrym przykładem nowoczesnego myślenia o podatkach jest estoński CIT. Rozwiązanie wprowadzone w Estonii w 2000 r., później na Łotwie i w zmodyfikowanej postaci w Polsce, przewiduje co do zasady opodatkowanie zysków przy ich dystrybucji oraz w innych ustawowo określonych przypadkach.
Z perspektywy tradycyjnego fiskalizmu brzmi to irracjonalnie. Państwo czeka na podatek, choć firma osiągnęła zysk. Dlaczego? Ponieważ zatrzymane środki mogą finansować działalność, wzmacniać płynność, zmniejszać zadłużenie i sprzyjać rozwojowi.
Nie jest to cudowna recepta na wzrost gospodarczy. Badania doświadczeń estońskich i łotewskich wskazują poprawę sytuacji finansowej przedsiębiorstw, ale nie przesądzają o trwałym wzroście inwestycji. Sama koncepcja pokazuje jednak, że interes państwa nie zawsze wymaga maksymalizacji podatków pobieranych tu i teraz.
Z podobną filozofią spotykamy się również w innych szerokościach geograficznych. Gospodarczy tygrys Singapur oferuje nawet czterystuprocentowe odliczenia określonych wydatków na innowacje. Próbująca odbudować przemysł Wielka Brytania pozwala jednorazowo odliczyć pełną wartość kwalifikowanych inwestycji w maszyny i urządzenia. Nowatorskie Niderlandy stosują dziewięcioprocentową efektywną stawkę dla kwalifikowanych korzyści z innowacji. Polska ma ulgę badawczo-rozwojową, IP Box i ulgę na ekspansję.
Instrumenty te są różne, ale łączy je gotowość państwa do ograniczenia lub odroczenia bieżących wpływów w oczekiwaniu na szersze korzyści. Czy przedsiębiorca korzystający z takich zachęt zgodnie z prawem staje się przez to mniej odpowiedzialny? Trudno byłoby poważnie bronić tej tezy.
Czy dobry przedsiębiorca powinien być tani?
Wyobraźmy sobie dwie firmy z tej samej branży, o podobnych przychodach. Pierwsza radykalnie ogranicza wydatki: rezygnuje z dodatkowych szkoleń i świadczeń, wstrzymuje podwyżki, zmniejsza zatrudnienie, a część etatów zastępuje tańszymi, legalnymi formami współpracy. Oszczędza na ergonomii i bezpieczeństwie ponad ustawowe minimum, a usługi informatyczne czy obsługę klienta przenosi do krajów o niższych kosztach pracy. Odkłada modernizację urządzeń, wybiera gotowe technologie zamiast rozwijania własnych, ogranicza współpracę z uczelniami i badania, których wynik jest niepewny. Od dostawców oczekuje przede wszystkim najniższej ceny, nie bacząc na długofalowe skutki dla krajowego łańcucha dostaw.
Druga firma rozwija krajowe zaplecze technologiczne, podnosi wynagrodzenia, szkoli pracowników, finansuje dodatkowe standardy bezpieczeństwa, modernizuje infrastrukturę i współpracuje z polskimi naukowcami. Ponosi nakłady na projekty, z których część nigdy nie przyniesie zysku. Przy pozostałych warunkach niezmienionych, o ile wydatki te są kosztami podatkowymi, pierwsza firma może wykazać większy dochód i zapłacić wyższy CIT. Czy jest zatem bardziej wartościowa dla polskiej gospodarki?
Nie oznacza to, że każda oszczędność jest zła, a każdy wydatek dobry. Outsourcing może być racjonalny, a gospodarność pozostaje zaletą. Jednak wysokość CIT sama w sobie nie rozstrzyga, czy przedsiębiorca tworzy trwałą wartość, czy tylko skuteczniej redukuje bieżące koszty. Uznanie większego podatku za miarę większej odpowiedzialności mogłoby prowadzić do pochwały ograniczania inwestycji w ludzi, technologie i krajowych dostawców.
Szczególnie wymowna jest działalność badawczo-rozwojowa. Prototypy, nowe technologie i własne oprogramowanie wymagają nakładów bez gwarancji sukcesu. Zarazem rozwijają kompetencje specjalistów, współpracę z uczelniami i potencjał innowacyjny gospodarki. Właśnie dlatego ustawodawca wspiera takie działania preferencjami podatkowymi. Wartość firmy dla gospodarki nie mieści się w jednej rubryce deklaracji CIT.
Gdy lekarstwo może zaszkodzić
Groźniej robi się wtedy, gdy uproszczone wskaźniki wpływają na stanowienie prawa. Przykładem jest polski minimalny podatek dochodowy wprowadzony w ramach Polskiego Ładu. Miał przeciwdziałać unikaniu opodatkowania przez przedsiębiorstwa o znacznych przychodach, lecz symbolicznych dochodach lub stratach. W debacie wskazywano zwłaszcza wielkie koncerny międzynarodowe.
Już w 2022 r. organizacje przedsiębiorców ostrzegały jednak, że pierwotna konstrukcja może objąć także polskie firmy w branżach o niskich marżach. Według analizy Związku Cyfrowa Polska spośród ponad 500 przedsiębiorstw o rentowności nieprzekraczającej 1 proc. blisko 300 było podmiotami krajowymi. W grupie firm o przychodach powyżej miliarda złotych poniżej tego progu znalazło się 56 przedsiębiorstw polskich i 53 zagraniczne. Protestowali także polscy hurtownicy i dystrybutorzy.
Regulację później istotnie zmodyfikowano, dodając wyłączenia i szczególne zasady ustalania rentowności. Dane z 2022 r. nie dowodzą więc, że wszystkie wskazane firmy ostatecznie zapłaciły podatek. Pokazują jednak ryzyko uproszczeń: niski dochód może wynikać z nadużyć, lecz równie dobrze z inwestycji, konkurencji albo specyfiki branży. Ustawodawca powinien umieć te sytuacje odróżniać.
Czy fiskus zawsze zainwestuje lepiej?
Pozostaje jeszcze pytanie: czemu właściwie ma służyć wykazanie, że firma X płaci więcej CIT niż firma Y? Intuicyjna odpowiedź brzmi: pierwszy przedsiębiorca zostawia w kraju więcej pieniędzy, jest więc bardziej lokalny, odpowiedzialny czy patriotyczny gospodarczo. Ale czy niższy CIT konkurenta rzeczywiście oznacza transfer zysków za granicę? A może środki sfinansowały pracowników, krajowych dostawców, technologię albo infrastrukturę?
Jest też pytanie mniej wygodne: czy każda złotówka przekazana fiskusowi przynosi większą korzyść społeczną niż złotówka pozostawiona w przedsiębiorstwie? Nie chodzi o kwestionowanie podatków. Państwo musi finansować bezpieczeństwo, edukację, sądy i ochronę zdrowia. Nie znaczy to jednak, że wszystkie wydatki publiczne są efektywne. Najwyższa Izba Kontroli w analizie wykonania budżetu za 2024 r. wskazała m.in. niecelowe wydatki i nieprawidłowości dotyczące dotacji. Ich wartość w badanych próbach przekraczała 13 mld zł. Nie jest to miara całego marnotrawstwa, ale trudno tę liczbę zignorować.
Nie twierdzę, że przedsiębiorcy zawsze inwestują rozsądniej niż administracja albo że wydatki prywatne zastąpią usługi publiczne. Obowiązek podatkowy nie zależy też od opinii podatnika o gospodarności państwa. Jeśli jednak oceniamy rzeczywisty wkład firmy w rozwój kraju, musimy uwzględnić zarówno zapłacony podatek, jak i sposób wykorzystania pozostałych środków oraz efektywność wydatków publicznych.
Raz większą wartość przyniesie prywatne laboratorium lub centrum technologiczne, innym razem inwestycja publiczna, której rynek sam nie sfinansuje. Ranking podatników nie rozstrzygnie, co jest korzystniejsze.
Nie każda firma płacąca niewielki CIT zasługuje na pochwałę; nie każda zasługuje na krytykę. Wysoki podatek nie dowodzi społecznej odpowiedzialności, podobnie jak niski nie przesądza o jej braku. Diabeł tkwi nie tylko w mianowniku, lecz także w pominiętych kosztach, korzyściach i horyzoncie czasowym. Od błędnej interpretacji danych do błędnej regulacji droga bywa krótka.
W państwie, które poważnie traktuje racjonalność stanowienia prawa, nie wystarczy umieć liczyć. Trzeba jeszcze wiedzieć, co się liczy, dlaczego właśnie to i jakie wnioski rzeczywiście wolno z wyniku wyprowadzić.
Prof. UW dr hab. Krzysztof Koźmiński – kierownik Zakładu Ekonomicznej Analizy Prawa oraz kierownik Centrum Oceny Skutków Regulacji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego; radca prawny, partner zarządzający kancelarii Jabłoński Koźmiński i Wspólnicy.
0 Komentarze