Rządowy program refundacji in vitro wyraźnie zwiększył dostęp do leczenia niepłodności, ale bezpłatność nie zawsze oznacza brak rachunków. Dla części par dodatkowe koszty sięgają ponad 5 tys. zł, co może przesądzać o kontynuacji terapii.
Po dwóch latach działania programu skala efektów jest duża: dzięki procedurom in vitro rodzi się około 30 dzieci dziennie. Jednocześnie raport Naszego Bociana i CEESTAHC pokazuje, że kluczowy jest jeden szczegół: pieniądze i zasady rozliczeń nie wszędzie działają tak samo.
Najważniejsze informacje
- Dzięki programowi urodziło się już niemal 15 tys. dzieci.
- 60 proc. uczestników wcześniej nie miało żadnej próby in vitro.
- Ponad 90 proc. pacjentów pozytywnie ocenia założenia programu.
- 73 proc. ośrodków wskazuje limit środków jako główną barierę.
- Niemal połowa pacjentów płaciła za badania kwalifikacyjne, choć zgodnie z regulaminem powinny być bezpłatne.
Dlaczego część par musi dopłacać do refundowanego leczenia?
Raport objął 767 pacjentów oraz 37 z 58 ośrodków realizujących program. Dane pokazują, że refundacja realnie otworzyła drogę do leczenia osobom, które wcześniej nie mogły rozpocząć terapii lub odkładały ją z powodu kosztów.
Sprawa budzi emocje, bo sukces programu zderza się z praktyką finansową. Pacjenci słyszą, że leczenie jest refundowane, ale część z nich i tak musi dopłacać do badań, leków lub procedur, które nie mieszczą się w obecnych zasadach finansowania.
Kliniki wskazują problem z finansowaniem programu
Ustawowe minimum finansowania programu wynosi 500 mln zł rocznie. Resort zdrowia zwiększył pulę o 100 mln zł w ubiegłym i bieżącym roku, jednak według realizatorów to wciąż za mało wobec skali potrzeb.
Ośrodki postulują co najmniej dodatkowe 200 mln zł rocznie oraz zasadę, by pieniądz podążał za pacjentem. Taka zmiana może oznaczać dużą zmianę dla par czekających na leczenie, ale wymaga decyzji dotyczących finansowania i organizacji programu.
Bezpłatne leczenie, ale nie zawsze bez dopłat
Największe zaskoczenie dla pacjentów dotyczy kosztów kwalifikacji. Niemal połowa badanych płaciła za badania kwalifikacyjne, mimo że zgodnie z regulaminem powinny być bezpłatne.
To nie jedyny wydatek. U 16 proc. pacjentów dodatkowe koszty poza lekami i PGT przekroczyły 5 tys. zł, a prawie 16 proc. wydało ponad 5 tys. zł na leki do stymulacji. Dla jednych program oznacza więc ogromną szansę, dla innych to ryzyko realnej straty finansowej już po rozpoczęciu leczenia.
Za co pacjenci najczęściej dopłacają?
- badania kwalifikacyjne,
- leki do stymulacji,
- część dodatkowych procedur,
- badania genetyczne (PGT).
Które grupy pacjentów napotykają największe problemy?
Problem nie dotyczy wyłącznie wysokości dopłat. Raport wskazuje także na nierówne opłaty między klinikami oraz zmienne interpretacje przepisów przez Ministerstwo Zdrowia, które dotknęły niemal połowę realizatorów programu.
Osobną grupą pozostają singielki oraz pary potrzebujące PGT. Ich sytuacja wymagałaby zmiany ustawy o leczeniu niepłodności, więc bez nowelizacji obecne ograniczenia pozostaną istotną barierą.
Co to oznacza dla pacjentów w praktyce?
Dla par planujących in vitro najważniejsze są dziś koszty, dostępność miejsc i zasady w konkretnej klinice. Ten sam program może oznaczać różne opłaty, a limit środków może zwiększać ryzyko przerwania leczenia po rozpoczęciu terapii.
Przed rozpoczęciem procedury kluczowe jest dokładne ustalenie, które badania i świadczenia są finansowane, a za co trzeba zapłacić samodzielnie. Przy dopłatach liczonych w tysiącach złotych warto policzyć skutki, zanim pojawią się decyzje o leczeniu.
0 Komentarze